blog nie tylko o macierzyństwie

Baby blues, czyli moje początki macierzyństwa

Baby blues, czyli moje początki macierzyństwa

Początki macierzyństwa były chyba najbardziej emocjonalnym i najtrudniejszym doświadczeniem mojego życia. Mimo, że baby blues czy depresja poporodowa powoli przestają być tematem tabu i coraz więcej kobiet decyduje się o tym mówić, niespełna półtora roku temu zupełnie nie byłam przygotowana na to, co może się wydarzyć. Co więc poszło nie tak i dlaczego początki macierzyństwa nie przypominały pięknych zdjęć z instagrama, opatrzonych hasztagiem #jestembojestes i #mojewszystko?

 

PORÓD

Pod koniec ciąży moje myśli całkowicie pochłonął temat porodu. W mojej głowie jawił się on jako swego rodzaju kulminacja. Wyobrażałam sobie, że to będzie najtrudniejszy, ale i najpiękniejszy dzień w życiu. A potem… będziemy żyli długo i szczęśliwie, we trójkę. Bardzo bałam się bólu, ale mimo to ogromnie chciałam urodzić „naturalnie”. W zasadzie nie brałam nawet pod uwagę innego rozwiązania. Zmuszałam mamę, żeby ze szczegółami opowiadała mi historię swoich porodów i byłam coraz bardziej podekscytowana, że niedługo i ja doświadczę tego intensywnego i pięknego przeżycia. Ale wszystko potoczyło się zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałam.

Przez całą ciążę brałam leki na nadciśnienie, ale im bliżej końca, tym mniej działały. W dniu porodu, po kilku godzinach skurczów dochodziło już do 180/115, a rozwarcie nie postępowało. Lekarz zadecydował o cięciu cesarskim.

Znieczulona leżałam na stole operacyjnym. Dosłownie po chwili usłyszałam płacz i zobaczyłam synka na sekundę. I tyle, zabrali go. Byłam otumaniona lekami, nie mogłam się ruszyć ani nawet podnieść głowy. Po godzinie na krótką chwilę pielęgniarka przyniosła mi synka, ale potem zabrała go znowu na całą noc. A ja nie spałam i czułam tylko narastający żal, że to nie tak miało wyglądać. Że nie mogę się nim zająć. Żal, że „nie udało” mi się urodzić naturalnie. I to była pierwsza przyczyna mojego smutku.

 

PROBLEMY Z KARMIENIEM

W ciąży czytałam dużo książek i poradników. Jednak lektura ta koncentrowała się głównie na temacie ciąży i porodu. Wszystko, co potem, wydawało mi się abstrakcją. A do tego nie spodziewałam się, że karmienie dziecka to jakaś większa filozofia. Nie wiedziałam, że skoro po cięciu nie mam pokarmu, to i tak powinnam co 2-3 h przez całą dobę przystawiać synka do piersi. A po karmieniu pobudzać laktację laktatorem. Już w pierwszą noc synek był dokarmiany butelką przez położne, a ja przystawiałam go do piersi „okazjonalnie”. Byłam święcie przekonana, że po prostu muszę poczekać jakieś 3 dni, aż pokarm „nadejdzie”. I nikt nie wyprowadził mnie z tego błędu. Kiedy pokarm się pojawił, synek miał już na tyle rozciągnięty żołądek, że moja laktacja za nim nie nadążała. A do tego ze szpitalnego smoczka mleko leciało mu tak szybko, że odmówił jedzenia z piersi w ogóle.

Po powrocie do domu synek dalej nie chciał jeść z piersi, więc jadł z butelki wszystko, co udało mi się odciągnąć laktatorem (a było tego bardzo mało). Potem dorabialiśmy mu mleko modyfikowane. Czułam porażkę i łzy lały mi się strumieniami. Próbowałam go przystawiać ale on tylko odrywał się od piersi i zaczynał płakać. Dopiero jakiś tydzień po porodzie mojej mamie jakimś cudem udało jej się trochę przymusić synka, żeby pił bezpośrednio z piersi. W tej chwili coś jakby zaskoczyło i od tej pory karmiłam już tylko piersią (i karmię do tej pory!). Ale po chwilowej uldze i radości, zaczęły się związane z tym kolejne problemy.

 

PŁACZ

Synek ciągle płakał. Pisałam już o tym trochę tutaj. Miałam wrażenie, że jeśli nie śpi, to płacze po prostu nieustannie. W całym tym amoku zupełnie nie połączyłam tego z faktem, że przestał jeść z butelki i jadł już tylko z piersi. Nie przyszło mi do głowy, że może się po prostu nie najadać, bo moja laktacja wciąż nie nadąża. Dodatkowo był na tyle nerwowy, że zjadał tylko to, co mu szybko „leciało” i nie chciał ssać dłużej, więc nie pobudzał laktacji. A ja wierzyłam, że to kolka. On płakał, a mnie zaczynały puszczać nerwy. Czułam, że macierzyństwo mnie przerasta i że jestem beznadziejną matka. Zaczęłam się martwić, że…

 

NIE UMIEM CIESZYĆ SIĘ Z MACIERZYŃSTWA

Zaczęłam się zastanawiać, co jest ze mną nie tak. Dlaczego nie umiem cieszyć się z macierzyństwa? Wszyscy dookoła wrzucają na Instagram zdjęcia stópek i piszą, jakie to wielkie szczęście być mamą. A ja mam w domu ryczącego dinozaura, jestem załamana, codziennie płaczę… Najwyraźniej jestem złą matką, skoro nie umiem się cieszyć tymi „pięknym” chwilami. Apogeum nastąpiło na weselu kuzynki męża, kiedy w ogóle nie potrafiłam uspokoić miesięcznego wtedy synka. Płakałam w samochodzie całą drogę do domu.

Dziś chce mi się z tego śmiać, bo patrząc z perspektywy czasu wydaje mi się zupełnie normalne, że nie było mi wtedy wesoło. No bo kto przy zdrowych zmysłach mówiłby, jakie macierzyństwo jest piękne, kiedy jego dziecko godzinami drze się na cały blok? Ale wtedy tak o tym nie myślałam. Wtedy utwierdzałam się tylko w przekonaniu, że jestem złą matką i nie daję rady. Wszyscy mnie pocieszali, że to szybko minie, że jak mały będzie miał 3 miesiące, to mu przejdzie. Ale skąd ja miałam to wiedzieć? A co jeśli synek będzie tak płakał rok… albo i dłużej? – zastanawiałam się.

 

SPOKOJNE WODY

Wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy opanowałam sytuację. Synek zaczął się najadać a ja nauczyłam się go uspokajać. Rzeczywiście trwało około 3 miesiące, zanim poczułam się w miarę pewnie w roli mamy. Przestałam się załamywać słysząc płacz mojego dziecka, a zaczęłam mieć satysfakcję, że tak szybko potrafię go uspokoić. Kiedy w końcu czwarty trymestr się skończył, powoli wypłynęliśmy razem dużo spokojniejsze wody. Synek był coraz weselszy i spokojniejszy, a ja zaczęłam się cieszyć naszym nowym życiem we trójkę.

 

Takie były moje początki macierzyństwa. Dziś z pewnością mogę powiedzieć, że bycie mamą to najpiękniejsze, co mnie w życiu spotkało. Ale i najtrudniejsze. I uważam, że o tych trudnościach powinno się mówić szczerze! Młode, zagubione matki, zalewane falą uroczych zdjęć niemowląt ze wzruszającymi podpisami mogą przeżywać naprawdę ciężkie chwile, jeszcze bardziej się dołując, że one tego w tym momencie nie czują. Życie rzadko kiedy wygląda idealnie czy tak, jak sobie wyobrażaliśmy. A wszystko, co dobre i piękne, jest trudne. Początki macierzyństwa potrafią być naprawdę niełatwe, a baby blues czy depresja mogą przytrafić się każdemu. Zwłaszcza, jeśli, tak jak ja, trafi na temperamentne dziecko, które nie zawaha się donośnie komunikować swoich potrzeb. 🙂

 



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *